Przeżyć depresję - rozmowa z Zuzą

wtorek 23.02.16

Psycholog: Kiedy pierwszy raz w życiu pojawiła się u Ciebie depresja?

Zuza (24 lata): To było chyba w ostatniej klasie gimnazjum, teraz tak myślę. To było jakiś czas temu, nie wszystko pamiętam. Pamiętam taki ogólny klimat - byłam smutna, jakaś markotna, nic mi nie wychodziło, jadłam bardzo mało, w ogóle nie miałam apetytu. Pamiętam też, że potrafiłam leżeć do czwartej nad ranem i nie mogłam zasnąć. Wydawało mi się, że to się nigdy nie skończy. Miałam iść do liceum, a tu zero energii. Wiadomo, nowe miejsce, nowi ludzie – trzeba energii. Byłam wyczerpana. Czytałam coś i nic ze tego nie rozumiałam, czytałam więc jeszcze raz i w połowie łapałam się, że znów nic nie wiem. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Na początku wszyscy mówili, że to pewnie dojrzewanie, ale ja myślę sobie teraz, że to mogła być depresja. Tak to teraz czuję. Ten stan trwał jakieś pół roku i jakoś tak potem znów zaczęłam być sobą. Chyba tak to było.

P: Jak ten stan wpływał na Twój sposób myślenia?

Z: Sama już nie wiem, czy najpierw są te ponure myśli, czy to niespanie wpływa na to, że one się pojawiają. To z pewnością jest powiązane. Brakowało mi siły na cokolwiek. Wydawało mi się, że ludzie się ode mnie odsuwają, uciekają, ale być może to ja unikałam kontaktów. Po prostu czułam się potwornie zmęczona. Nic nie sprawiało mi przyjemności. Pamiętam, że siedziałam na korytarzu szkoły, podeszła do mnie koleżanka, znałam ją od przedszkola. Lubiłyśmy się. Wiesz, takie koleżanki, co razem siedzą w ławce od pierwszej klasy. Nic nie mówiłam, ona próbowała zacząć jakąś rozmowę, ale ja czułam, że każde jej pytanie jest dla mnie męką, że nie mam siły odpowiadać. Było mi wszystko jedno. Jednocześnie wydawało mi się, że dzieli nas jakaś szyba, że ona mówi do mnie jakby z drugiego pokoju. Próbowała mnie jakoś rozruszać. Jedyne, co byłam w stanie wydobyć z siebie, to że przepraszam, że źle się czuję. Rozpłakałam się. Zwolniłam się na początku lekcji i wróciłam do domu. Tak jak stałam, w kurtce położyłam się do łóżka. Tak ubraną po kilku godzinach znalazła mnie moja mama.

P: Rozumiem, że stan, które przeżywałaś rok temu był podobny do tego sprzed lat?

Z: Była jedna różnica – obok smutku, tych ponurych myśli, stałam się bardzo drażliwa. Jakaś bardziej nerwowa. Wybuchałam, byłam kłótliwa. Myślę, że ludzie, z którymi dzieliłam mieszkanie, mieli dość. W ogóle nie mogłam się na niczym skupić, a pamiętam, że byłam wówczas w trakcie sesji na trzecim roku studiów – kiedy próbowałam coś czytać, każdy dźwięk, na przykład z telewizji, rozmowa w pokoju obok, wyprowadzały mnie z równowagi. Było tak, że chodziłam po domu ze stoperami w uszach. Potrzebowałam ciszy, takiej totalnej ciszy. Choć z drugiej strony kiedy byłam sama, we własnej głowie, myślałam tylko o tym, że nic nie warto, że po co się trudzę, no i że to się nigdy nie skończy. Ale najgorsze było to dziwne poczucie winy – obwiniałam się praktycznie o wszystko. Budziłam się w środku nocy i potrafiłam myśleć tylko o tym, w czym komu zawiniłam. Bałam się ludzi, bałam się kolejnego dnia. To mnie obezwładniało i paraliżowało. W kółko tak myślałam. Doszło do tego, że nie wiedziałam już sama, czego się boję. Bałam się wszystkiego.

P: Czy były również inne niepokojące objawy podobne do tych sprzed lat?

Z: Zauważyłam, że potrawy, które lubiłam, w ogóle nie mi smakowały. Cokolwiek wzięłam do ust, wydawało mi się zepsute, gorzkie. Pytałam nawet innych, czy nie wydaje się im, że to mięso jest nieświeże, a marchew bez smaku. Nie wiedzieli, o co chodzi. Kiedy się mało śpi, a jedzenie traci smak i zapach, również świat traci swoje kolory. Pamiętam, że kupowałam sobie suchą bułę i tylko coś takiego byłam w stanie zjeść. Jedną, dwie w ciągu całego dnia. W tym okresie strasznie schudłam – dziesięć kilogramów w dwa miesiące. W związku z tym było mi ciągle zimno. Kiedy szłam ulicą, przeglądałam się w wystawach sklepowych, i wydawało mi się, że to nie ja, tylko ktoś obcy.

P: Opowiedz jeszcze o tych myślach, jak myśli człowiek, który przeżywa depresję?

Z: Pamiętam, że byłam w Pradze, to był chyba długi weekend listopadowy. Znajomi, którzy widzieli, co się ze mną dzieje, próbowali mi jakoś pomóc. No i zapakowali mnie do samochodu, i pojechaliśmy do Pragi. Jedyne co pamiętam z tego wyjazdu, to nie wspaniałą praską starówkę i czeskie piwo, ale to że płakałam przez sen. Nawet jak zasnęłam, choć na chwilę w te bezsenne noce, moje sny były takie, jak moje myśli w ciągu dnia. Czułam się winna nawet we snach. Pamiętam, że raz obudziłam się cała we łzach. Nie pamiętałam, co mi się śniło. Z pewnością nie było to nic dobrego, ani tym bardziej optymistycznego. Nie zeszłam tego dnia na śniadanie, zostałam w łóżku. Koleżanka, która dzieliła ze mną pokój, próbowała mnie jakoś namówić do wyjścia, ale po godzinie odpuściła. Pamiętam jednak, że powiedziała mi wówczas: „Zuza, wiesz, z tobą dzieje się coś niedobrego, martwimy się o ciebie. Może powinnaś gdzieś pójść, do lekarza.” Wiedziałam, że dzieje się ze mną coś złego, ale jak człowiek jest w takim stanie, to w sumie myśli, że tak już jest, tak będzie i nic z tym nie można zrobić.

P:  Mówiłaś mi, że najgorszy był jednak Twój wyjazd do domu na święta?

Z: Ktoś mnie podrzucił do domu, nie miałam siły nawet dotrzeć na dworzec. Myślałam, że zostanę w Poznaniu na święta, sama w wynajętym mieszkaniu. Tak się jednak nie stało. Koleżanka spakowała moje rzeczy, kolega zawiózł mnie do domu. Teraz wiem, że zadzwonili też do mojej mamy – ona podejrzewała, co się ze mną dzieje. Jak dzwoniła, to często nie odbierałam, a jak już odebrałam, to każde słowo musiała ze mnie wyduszać. Nie miałam ochoty na żadne rozmowy. Wracając do wigilii, pamiętam ją jak przez mgłę, siedziałam przy stole i wydawało mi się, że jestem jak z innej planety. Nie wiedziałam, o czym oni mówią. Znów taka jakby szyba, która dzieliła mnie, takie ledwie docierające głosy. Coś tam zjadłam, ale niewiele - łyżkę kutii, bo mak lubiłam zawsze i tylko ten smak wydawał mi się niezmieniony. Reszta – zupa grzybowa, ryba wydawały mi się nijakie. Niby wszyscy zachowywali się normalnie, gadali o zwykłych sprawach, ale miałam wrażenie, że nie nadążam, że nie wiem, o czym mowa i w ogóle, co mnie to obchodzi. W trakcie otwierania prezentów poszłam do swojego pokoju. Myślałam tylko o tym, żeby się położyć i się już nie obudzić.

P: Takie myślenie typu „Lepiej, żeby mnie nie było”?

Z: Hmm, chyba tak. Nawet podzieliłam się chyba czymś takim z moją przyjaciółką. Ona się wówczas wściekła, że co ja mówię, o co mi chodzi. Ale była przy mnie cały czas. Przychodziła do mnie i tak sobie milczałyśmy – chyba wiedziała, że to jedyne, na co mnie stać. Teraz myślę, że to było dla mnie bardzo ważne. Była ze mną. Wracała każdego dnia z drożdżówką z makiem, w nadziei, że zjem ze smakiem całą. Nie powiem, że ta jej nadzieja mi się jakoś wówczas specjalnie udzielała. Dla mnie ważne było, że ona po prostu jest. Kiedy przychodziła, nie mówiła: „patrz jakie dziś piękne słońce, nie ma co dołować”, ale po prostu była ze mną. Człowiek w depresji jest sam, ale obecność kogoś, kto cię nie poucza, nie prawi złotych rad, nie każe ci zakładać nart i szusować, cieszyć się tak na siłę, przynosi jakąś ulgę. Może ulga to za duże słowo. No i nie mówi „weź się w garść”. Bo tego nie byłam w stanie ani znieść, ani zrobić. Z perspektywy czasu tak to widzę.

P: Czyli postawa: „niezależnie od wszystkiego jestem z tobą, rozumiem, że cierpisz, jestem w pobliżu, myślę o tobie, jestem gotowa ci pomóc”. Czy tak?

Z: Nie zdajemy sobie sprawy, ile w takim zmaganiu znaczy pomocna dłoń. Oczywiście człowiek w depresji często nie ma siły, aby z tej pomocy skorzystać i dlatego tak ważne jest, aby był ktoś obok, kto wręcz zmusi cię do szukania pomocy. Moja depresja oczywiście nie skończyła się tak z dnia na dzień. Był taki moment... Byłam już wówczas pod opieką lekarza psychiatry. Dostałam leki oraz wskazania jak je brać. Po półtorej tygodnia łykania tabletek mój nastrój nie zmieniał się nic a nic. Wiedziałam, że leki nie działają od razu i że należy poczekać. Miałam jednak poczucie coraz większej beznadziei. Nie chciałabym wdawać się w szczegóły. Potem był szpital, wiadomo. Tak sobie myślę, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo obciążające jest myślenie o sobie jako o pacjencie szpitala psychiatrycznego, osobie chorującej psychicznie. Może w sumie ja nie miałam z tym takiego problemu, za to problem chyba mieli inni. Moi rodzice na pytanie, co się ze mną dzieje, opowiadali, że jestem w szpitalu z powodu zapalenia opon mózgowych. Nie chciało im przejść przez usta, że ich córka leczy się w psychiatryku. Oczywiście obwiniali się o wszystko, że powinni mnie bardziej pilnować, że widzieli podczas wigilii, że nie czuję się już dobrze i nic nie zrobili. To bez sensu, to nie ich wina, ale wiem, że czują się nadal winni. Mi to nie pomaga. Sama nie wiem, dlaczego tak się stało. Wówczas miałam dość. Teraz to rozwiązanie wydaje mi się… Nie ma o czym mówić.

P: Co pomogło Ci z tego wyjść?

Z: Pewnie swoje zrobiły leki, no i terapia, ale chcę podkreślić, że bez wsparcia i pomocy bliskich osób, rodziny, znajomych byłoby znacznie trudniej. Chyba w pewnym momencie zobaczyłam nie tylko swoją, ale ich bezsilność i zmęczenie ciągłym zamartwianiem się o mnie. Kiedy widzisz, jak ktoś płacze z tej bezsilności… to coś we mnie poruszyło. Postanowiłam zawalczyć. Na początku choć dla nich. Teraz walczę również dla siebie, bo warto. Każdego dnia. Przede mną tyle jeszcze do zrobienia.

P: Bardzo Ci dziękuję za podzielenie się swoją historią, to ważne. Szczególnie dla kogoś, kto dziś znajduje się w tym miejscu, w którym Ty byłaś przed rokiem. Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć takiej osobie

Z: Po pierwsze pamiętaj, że nie jesteś sam, choć może ci się tak wydawać. To że myślisz, że cię ktoś nie rozumie, nie znaczy, że nie jest w stanie ci pomóc.

P: To może jakaś wskazówka dla osób, których bliscy zmagają się z depresją?

Z: Nie mówcie „weź się w garść”, bo to osłabia. Depresja nie wynika ze złej woli. To nie jest kwestia lenistwa, słabości charakteru, czy niechcenia, tylko niemocy.  

 

 

 

 

fundatorzy
organizator
patronat honorowy
patroni medialni
wspierają nas